Publicystyka

Tarcza wschód, czyli wielka metamorfoza “człowieka Moskwy w Warszawie”

Donald Tusk zapowiedział potężne wzmocnienie zapory na wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Jeszcze do niedawna to miejsce, które od kilku lat poddawane jest bezprecedensowym “stress testom” w ramach operacji Śluza i prowadzonej przez Rosję i Białoruś wojny hybrydowej z Zachodem, było – według jego słów – tamą dla “biednych ludzi, którzy szukają swojego miejsca na ziemi”. Narracja się zmieniła, ale co dokładnie obiecał nowy premier i jego ludzie? Czy można w ogóle im ufać w tej kwestii, która jest przecież jednym z kluczowych elementów naszego bezpieczeństwa? Warto się tej sprawie przyglądać choćby po to, żeby móc później skutecznie rozliczyć polityków z ich dzisiejszych zapowiedzi.

Zachowanie koalicji rządzącej w kwestii związanej z zabezpieczeniem wschodniej granicy musi być potężnym zaskoczeniem dla wielu jej dotychczasowych politycznych i medialnych sojuszników. Jeszcze do niedawna w oczach lewicowo-liberalnych środowisk obóz Zjednoczonej Prawicy jawił się jako złowrogi demiurg, który w niegodny i pozbawiony moralności sposób realizował zadania państwa na wschodniej granicy Rzeczypospolitej.

Codziennie karmiono nas propagandą, według której na granicy miało dochodzić do dantejskich scen. Do walki z funkcjonariuszami Straży Granicznej i wojskiem zaprzęgnięto potężną machinę propagandową, włącznie z dziesiątą muzą. Nikt nie ma i nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że atakiem tym kierowali ludzie z otoczenia człowieka, który kilka lat temu mówił o tym, że “chcemy dialogu z Rosją taką, jaką ona jest”. To właśnie jego Moskwa nazywała “swoim człowiekiem w Warszawie”. Czy taki polityk może dziś zbudować skuteczną zaporę przed rosyjską nawałą?

Jaka będzie “Tarcza Wschód”?

Według Tuska, “Tarcza Wschód ma być systemem, który skutecznie odstraszy kogokolwiek, kto miałby pomysł, aby od wschodu Polskę zaatakować”. Premier obiecał, że będzie ona kompozycją różnych form obrony, także środowiskowych. Podkreślił, że przewiduje się, m.in. zalanie pewnych terenów wodą tam, “gdzie to nie przynosi jakichś negatywnych konsekwencji dla ludzi, dla gospodarki, czy dla natury”.

Należący do Wirtualnej Polski serwis money.pl, który powołuje się na rozmowę z MON, zdradził więcej szczegółów systemu, który ma uczynić z granicy Rzeczypospolitej miejsce “nie do przejścia dla potencjalnego wroga”. Polscy decydenci mają rzekomo wzorować swój plan na ustaleniach i działaniach m. in. Finlandii i państw z basenu Morza Bałtyckiego. Według portalu, elementem nowych umocnień mają być m. in. wysokie na 70 metrów wieże obserwacyjne. Ma też powstać kolejna bariera, równoległa do istniejącej. Pojawiają się także zapowiedzi stworzenia nowego otoczenia prawnego dla funkcjonariuszy Straży Granicznej, którzy mają decydować o tym, co zrobić z osobami, które sforsują pierwszą część umocnień.

Specjalne wystąpienie sejmowe “Tarczy Wschód” poświęcił także Władysław Kosiniak-Kamysz. Aktualny szef MON-u zapowiedział, że na granicy zgromadzony zostanie sprzęt fortyfikacyjny, pojawią się też nowe technologie, służące do monitoringu i działań rozpoznawczych. Wicepremier obiecał także, że w projekt zaangażowane będą polskie firmy, a zapora miałaby być wzmocniona systemem dronów.

Czy kłamca kłamie?

Kluczowe pytanie to oczywiście kwestia wiarygodności polityków, którzy składają powyższe deklaracje. Na ile można wierzyć w powyższe zapowiedzi i czy można liczyć na ich szybką (bo takiej przecież potrzebuje Polska) realizację? Nie da się oczywiście na to pytanie odpowiedzieć wprost. Spróbujmy jednak przypomnieć coś, z czym zetknął się w czasie swojej edukacyjnej przygody z logiką każdy student prawa czy innego kierunku humanistycznego, który musiał słyszeć o tzw. “paradoksie kłamcy”, zwanym też paradoksem Eubulidesa.

W najprostszej możliwej formie można go sprowadzić do pytania o to, czy kłamca wypowiadając zdanie “ja teraz kłamię” mówi prawdę czy kłamie? Analizując tę antynomię na gruncie języka, musimy dojść do konstatacji, w której uznamy, że mamy do czynienia ze sprzecznością, której nie da się rozwikłać. Jeśli chcemy rozwiązać ten dylemat, musimy odwołać się do metajęzyka.

Potrzebujemy po prostu dodatkowego narzędzia, które pozwoli nam zdefiniować pojęcia prawdy, fałszu i kłamstwa. W lingwistyce takim metajęzykiem jest zawsze kolejny stopień języka, który służy do opisu innego języka. Ta prosta hierarchiczność jest niezbędna do tego, aby sprawdzić, czy mamy do czynienia z prawdą czy kłamstwem w obrębie znaczeniowym. O ile na gruncie logiki i lingwistyki paradoks kłamcy rozwikłać dość łatwo, o tyle w polityce zadanie jest dużo trudniejsze.

W naszych publicystycznych celach możemy jednak przyjąć, że swoistym metajęzykiem dla polityków jest ich dotychczasowa działalność i kariera polityczna. To, co dotychczas deklarowali i jak się z tych deklaracji wywiązywali. Odwołując się zatem do głównej tezy tekstu i do pytania – nawet nie o to, co wygenerowało zmianę deklaracji Donalda Tuska – ale o to, czy obecne zapowiedzi są wiarygodne, musimy odwołać się do jego zachowań z przeszłości i wnioskować per analogiam. Każdy, kto oglądał serial “Reset”, przygotowany przez prof. Cenckiewicza i Michała Rachonia mógł przypomnieć sobie, jak wiele zrobiła ekipa polityczna i biznesowa ukonstytuowana wokół obecnego premiera, aby stosunki polsko-rosyjskie były odbudowane po “rusofobie Kaczyńskim”.

Dlatego nigdy dość przypominania słów, które padły z ust Tuska 23 listopada 2007 roku:

– Choć mamy swoje poglądy na sytuację w Rosji, chcemy dialogu z Rosją taką, jaką ona jest. Brak dialogu nie służy ani Polsce, ani Rosji. Psuje interesy i reputację obu krajów na arenie międzynarodowej. Dlatego jestem przekonany, że czas na dobrą zmianę w tej kwestii właśnie nadszedł (…) – mówił wówczas lider Platformy Obywatelskiej.

Pamiętamy te słowa, pamiętamy także długi szereg innych zachowań, gestów, spotkań i biznesowych decyzji, które zbliżały Polskę do Rosji.

Drugi biegun (tylko pozornie różny) tej sprawy to stosunek Tuska do imigrantów. Przypomnijmy zatem, że jeszcze w październiku 2021 roku, kiedy Polska zmagała się z potężnym kryzysem wywołanym wojną hybrydową prowadzoną przez Rosję, Donald Tusk oświadczył, że Koalicja Obywatelska nie poprze specustawy ws. budowy zapory na granicy z Białorusią.

– Ich intencją jest robienie emocjonalnych spektakli i wydanie blisko 2 mld zł bez żadnej kontroli – mówił wówczas w Sejmie Tusk. W tym samym kontekście padły jeszcze bardziej szokujące słowa, które lider obozu liberalnej lewicy wygłosił na granicy Rzeczypospolitej, kiedy negował stan wojny hybrydowej z Rosją:

– Wypowiadanie znów tych słów, które są właściwie kompromitujące, że Polska obroni się – tak jakby ci ludzi nam wojnę wypowiedzieli. To są biedni ludzie, którzy szukają swojego miejsca na ziemi. I nie trzeba robić takiej obrzydliwej, ponurej propagandy wymierzonej w migrantów, bo to są ludzie, którzy potrzebują pomocy – tłumaczył wówczas lider Koalicji Obywatelskiej.

Bez wątpienia lider partii rządzącej przyzwyczaił nas do tego, że bardzo umiejętnie buduje swoje postpolityczne narracje. Nie jest też szczególnie mocno przywiązany do prawdy, swoich słów i deklaracji z przeszłości. Przecież nawet nie drgnęła mu powieka, kiedy w lipcu 2014 roku tłumaczył dziennikarzom i opinii publicznej, że “nie wybiera się do Brukseli”. Zaprzeczał i tłumaczył, że w “Polsce będzie skuteczniejszy”, a miesiąc później, 30 sierpnia 2014 podczas spotkania Rady Europejskiej, został zatwierdzony na stanowisku przewodniczącego tego gremium. Czy można mu zatem wierzyć dziś, kiedy zapowiada, że na bezpieczną granicę planuje przeznaczyć dodatkowe 10 miliardów złotych?

Źródło: Stefczyk,info Autor: Artur Ceyrowski
Fot. PAP

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij